Witam obserwującego! Pewnego dnia wysunął się z lasu na polanę i stanął. Wtedy go zauważyłam. Od tamtej pory tak trwa, stoi sobie spokojnie i cicho. I obserwuje. Polanę, moją chatkę. Jeździec na koniu. Wysoki, smukły, wyprostowany. Stoi przy brzegu lasu. w cieniu drzew. Widzę go z okna chatki. Gdy nie wiedziałam, kim jest, wzbudzał moje zaniepokojenie. Teraz jest oswojony. Nie spędzę dzisiaj zbyt wiele czasu w mojej chatce. Jest nieprzytulnie, wychłodzone wnętrze, źle. Wrzeciono kurzy się gdzieś w kącie, porzucone. Zmęczył mnie świat. Tak bardzo zmęczył, że nie mam dziś ochoty prząść, ni tkać. Ani opowiadać.
Baju baj, baju baj, tym razem bajki nie będzie.
Żegnam szlachetnego jeźdźca.
Dobranoc ci, nocy czarna.
Prząśniczka
środa, 10 czerwca 2009
środa, 13 maja 2009
Kolejny powrót. Urodził się "GEORGE".
Ufff... o mały włos całkiem nie zbłądziłam w tym komputerowym lesie. Wystarczyła dłuższa przerwa i pogubiłam ścieżki prowadzące do mojego domku na polanie. Do mojego bloga. Przerwane wątki opowieści przy wrzecionie...
Porwał mnie świat. Wichry, zamiecie, zadymki wydarzeń. Sprawy i ludzie. Urodziła się w tym wszystkim moja powieść. Długo wyczekany moment. "GEORGE" przyszedł na świat 5 maja. Wciąż nie mogę uwierzyć, że jednak się udało, że jest - co prawda nie tak "przyodziany", jak sobie wymarzyłam, ale - jest! Gotowy. Teraz będzie łatwiej. Moje "dziecko". Trzeba je będzie jeszcze "dopieścić", jeszcze troszkę pohołubić, pokołysać, żeby nie płakało...
Za oknem świat zielony, kwiecień, wiosna. I dni upływające pod znakiem astrologicznego Byka. Ten Byk to ja, lecz także i "GEORGE". Kwietniowy. Tak myślę - na szczęście, na powodzenie, na dobry początek dobrych zmian? Pełnia i obfitość. Radości i smaki życia. Zobaczymy, co da mu świat, a on - światu.
Trochę dziś jestem spłoszona, rozbiegana, zła. Sprawy i ludzie, ludzie i sprawy. Kryzys, pieniądze, awantury. Nitka się rwie, wrzeciono stuka niemiarowo i ogień przygasa. Chłód. Szukam w pamięci jakiegoś miłego motywu, wątku, myślę o miłej kołysance, by ukoiła rozedrgane nerwy, by odegnała to, co złe, by otuliła głowę ciepłym szalem zapomnienia.
No i wybuchło! Wystarczy coś niechcący potrącić, nacisnąć nieopatrznie jakiś klawisz i cała praca znika, nitka się rwie.
Złapałam, ale ile mnie to kosztowało! Oj, trzeba uważać...
Kołysanka. Na dobranoc. Coś miłego... Pod ręką mam "GEORGE"a. Przerzucam kartki... coś miłego... Niełatwo w niej znaleźć coś miłego, ale jest, mam - wycieczka do świata marzeń:
"Długo i z namysłem projektowałam piękny, jasny dom, z dużą werandą i przytulnym salonem, w którym centralne miejsce zajmował kominek w stylu angielskim. Od dawna, może od zawsze kocham takie kominki i żywy ogień w domu, zapach dymu i palącego się drewna. Szkicowałam w wyobraźni najmniejsze szczegóły. Każdej wiosny od nowa sadziłam małe, karłowate drzewka w sadzie, a potem przyglądałam się im jak kwitną, siedząc w wiklinowym fotelu na drewnianej, obszernej, zacienionej dachem werandzie, rozkoszując się zapachami rozgrzanej słońcem ziemi, pobliskich pól i lasów; pojadając truskawki z bitą śmietaną z porcelanowej, białej miseczki i nasłuchując leniwie brzęczenia owadów buszujących w trawie i wśród kwiatów oraz śpiewu skowronków pod wysokim niebem. Od czasu do czasu zasiadały tu ze mną bliskie mi osoby. W przestronnym salonie czerniało uchylone skrzydło fortepianu. Na ścianach wisiały moje ukochane, stare obrazy, a okna przesłonięte cieniutkimi jak muślin, białymi firankami i przyozdobione po bokach delikatnymi zasłonami w pastelowe, różane wzory rozjaśniały ten mój wiejski dom. Wieczorami, gdy ciepłe światło świec rozpraszało mrok, grywałam nokturny Chopina dla przyjaciół...".
Wciąż wracam tam, ten świat wciąż jest i trwa. I ciepłe światło świec. I mrok. I muzyka. I zapach nocy.
Śpijcie dobrze, gwiazdy na niebie. Dobranoc.
Prząśniczka
Porwał mnie świat. Wichry, zamiecie, zadymki wydarzeń. Sprawy i ludzie. Urodziła się w tym wszystkim moja powieść. Długo wyczekany moment. "GEORGE" przyszedł na świat 5 maja. Wciąż nie mogę uwierzyć, że jednak się udało, że jest - co prawda nie tak "przyodziany", jak sobie wymarzyłam, ale - jest! Gotowy. Teraz będzie łatwiej. Moje "dziecko". Trzeba je będzie jeszcze "dopieścić", jeszcze troszkę pohołubić, pokołysać, żeby nie płakało...
Za oknem świat zielony, kwiecień, wiosna. I dni upływające pod znakiem astrologicznego Byka. Ten Byk to ja, lecz także i "GEORGE". Kwietniowy. Tak myślę - na szczęście, na powodzenie, na dobry początek dobrych zmian? Pełnia i obfitość. Radości i smaki życia. Zobaczymy, co da mu świat, a on - światu.
Trochę dziś jestem spłoszona, rozbiegana, zła. Sprawy i ludzie, ludzie i sprawy. Kryzys, pieniądze, awantury. Nitka się rwie, wrzeciono stuka niemiarowo i ogień przygasa. Chłód. Szukam w pamięci jakiegoś miłego motywu, wątku, myślę o miłej kołysance, by ukoiła rozedrgane nerwy, by odegnała to, co złe, by otuliła głowę ciepłym szalem zapomnienia.
No i wybuchło! Wystarczy coś niechcący potrącić, nacisnąć nieopatrznie jakiś klawisz i cała praca znika, nitka się rwie.
Złapałam, ale ile mnie to kosztowało! Oj, trzeba uważać...
Kołysanka. Na dobranoc. Coś miłego... Pod ręką mam "GEORGE"a. Przerzucam kartki... coś miłego... Niełatwo w niej znaleźć coś miłego, ale jest, mam - wycieczka do świata marzeń:
"Długo i z namysłem projektowałam piękny, jasny dom, z dużą werandą i przytulnym salonem, w którym centralne miejsce zajmował kominek w stylu angielskim. Od dawna, może od zawsze kocham takie kominki i żywy ogień w domu, zapach dymu i palącego się drewna. Szkicowałam w wyobraźni najmniejsze szczegóły. Każdej wiosny od nowa sadziłam małe, karłowate drzewka w sadzie, a potem przyglądałam się im jak kwitną, siedząc w wiklinowym fotelu na drewnianej, obszernej, zacienionej dachem werandzie, rozkoszując się zapachami rozgrzanej słońcem ziemi, pobliskich pól i lasów; pojadając truskawki z bitą śmietaną z porcelanowej, białej miseczki i nasłuchując leniwie brzęczenia owadów buszujących w trawie i wśród kwiatów oraz śpiewu skowronków pod wysokim niebem. Od czasu do czasu zasiadały tu ze mną bliskie mi osoby. W przestronnym salonie czerniało uchylone skrzydło fortepianu. Na ścianach wisiały moje ukochane, stare obrazy, a okna przesłonięte cieniutkimi jak muślin, białymi firankami i przyozdobione po bokach delikatnymi zasłonami w pastelowe, różane wzory rozjaśniały ten mój wiejski dom. Wieczorami, gdy ciepłe światło świec rozpraszało mrok, grywałam nokturny Chopina dla przyjaciół...".
Wciąż wracam tam, ten świat wciąż jest i trwa. I ciepłe światło świec. I mrok. I muzyka. I zapach nocy.
Śpijcie dobrze, gwiazdy na niebie. Dobranoc.
Prząśniczka
niedziela, 1 marca 2009
Po przerwie
Uff... ostatnia runda długiej, półtorarocznej walki wygrana! Przez chwilę mnie tu nie było. Wracam "z tarczą". Nie mogę uwierzyć, że o zwycięstwie zadecydowała jedna chwila. A może nie jedna?... Uważaj, czego pragniesz, bo możesz to mieć - jest takie powiedzenie. Ja tak bardzo pragnęłam zdobyć pieniądze na wydanie swojej opowieści, że w ostatnim czasie myślałam prawie bez przerwy o kwocie, która mogłaby uratować tą - wydawałoby się - skazaną na zagładę sprawę. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie zdobyłam te pieniądze.
Mam poczucie, jakbym wywiodła w pole dwie czarownice, które mnie prześladowały i, wiedząc jakie mam plany, starały się uniemożliwić ich realizację. Pomagał im w tym kudłaty "zły". To było jak walka na śmierć i życie. Uratowała mnie siła moich myśli, siła pragnienia, marzenia, to że nie poddałam się zwątpieniu. Uciekłam z ciemnego lasu, w którym co krok czaiły się straszliwe pułapki. Wybiegłam na polanę, gdzie w pełnym słońcu stoi moja zaczarowana chatka.
Teraz jestem bezpieczna. Późnym wieczorem zasiadłam przy kołowrotku. Mogę dalej snuć wątki swoich opowieści. Wracam do tej ulubionej, bliskiej sercu, która już niebawem zagości na tym świecie, pójdzie między ludzi, niosąc im ze sobą wiele wrażeń, zadziwienia, może i otuchy?...
(...) "Czułam towarzyszącą towarzyszącą nam skupioną uwagę owego niecodziennego mieszkańca domu. Życzliwie obserwował nas poprzez bujne liście roślin i bardzo się cieszył z naszego spotkania z Allegrą tak, jakbyśmy "znowu się spotkały", a nawet jakbyśmy "nareszcie znowu spotkali się we troje", chociaż w tamtym momencie wydawało mi się to absolutnie dziwne i niezrozumiałe. Nasza znajomość z Allegrą nie wyszła jeszcze z powijaków, a duch był uradowany tak bardzo, jakby wreszcie spełniło się coś, na co bardzo długo czekał. Nie rozumiejąc tego, uległam jednak ogarniającym mnie niejasnym przeczuciom, że właśnie zaczyna się dla nas całkiem nowa sprawa, a jednocześnie wystarczy wyciągnąć rekę, by rozsunąć gęste załony, okrywające dotąd mrokiem tajemnice bliżej nieokreślonej przeszłości.
Na odchodnym przystanęłam, żeby przyjrzeć się domowi tonącemu w ciemnościach. Noc była czarna i gwiaździsta, wokół oddychał ciszą mroczny las. W powietrzu, czystym i rześkim po burzy, unosił się jeszcze zapach deszczu.
"I ty chcesz go sprzedać?" - pomyślałam ze zdziwieniem. "Przecież ten dom będzie trwał, a ty będziesz w nim mieszkać ze swoim mężczyzną". Szaman pojawił się już w jej życiu, co więcej - w bardzo romantycznych okolicznościach. Ze sposobu, w jaki o nim opowiadała wyczułam, że ta znajomość jest dla niej bardzo ważna, inna niż wszystkie. A duch? Wcale nie ma zamiaru się wynosić, wręcz przeciwnie - dopiero co się zadomowił!
"I będzie to dom pełen ciepła, miłości i spotkań z grupą ludzi, którzy będą z wami jakoś powiązani - może przyjaźnią..." - jeszcze raz w zamyśleniu popatrzyłam na dom, pogrążony w mroku nocy, której ani trochę nie rozjaśniała swoim światłem blada tarcza księżyca, zawieszona wysoko na niebie, i podeszłam do furtki.
A potem nagle wszystko nabrało jakiegoś nieprawdopodobnego przyśpieszenia."
Na dziś opowieść skończona. Dobranoc.
Żegnam cię świecie, do jutra.
Prząśniczka
Mam poczucie, jakbym wywiodła w pole dwie czarownice, które mnie prześladowały i, wiedząc jakie mam plany, starały się uniemożliwić ich realizację. Pomagał im w tym kudłaty "zły". To było jak walka na śmierć i życie. Uratowała mnie siła moich myśli, siła pragnienia, marzenia, to że nie poddałam się zwątpieniu. Uciekłam z ciemnego lasu, w którym co krok czaiły się straszliwe pułapki. Wybiegłam na polanę, gdzie w pełnym słońcu stoi moja zaczarowana chatka.
Teraz jestem bezpieczna. Późnym wieczorem zasiadłam przy kołowrotku. Mogę dalej snuć wątki swoich opowieści. Wracam do tej ulubionej, bliskiej sercu, która już niebawem zagości na tym świecie, pójdzie między ludzi, niosąc im ze sobą wiele wrażeń, zadziwienia, może i otuchy?...
(...) "Czułam towarzyszącą towarzyszącą nam skupioną uwagę owego niecodziennego mieszkańca domu. Życzliwie obserwował nas poprzez bujne liście roślin i bardzo się cieszył z naszego spotkania z Allegrą tak, jakbyśmy "znowu się spotkały", a nawet jakbyśmy "nareszcie znowu spotkali się we troje", chociaż w tamtym momencie wydawało mi się to absolutnie dziwne i niezrozumiałe. Nasza znajomość z Allegrą nie wyszła jeszcze z powijaków, a duch był uradowany tak bardzo, jakby wreszcie spełniło się coś, na co bardzo długo czekał. Nie rozumiejąc tego, uległam jednak ogarniającym mnie niejasnym przeczuciom, że właśnie zaczyna się dla nas całkiem nowa sprawa, a jednocześnie wystarczy wyciągnąć rekę, by rozsunąć gęste załony, okrywające dotąd mrokiem tajemnice bliżej nieokreślonej przeszłości.
Na odchodnym przystanęłam, żeby przyjrzeć się domowi tonącemu w ciemnościach. Noc była czarna i gwiaździsta, wokół oddychał ciszą mroczny las. W powietrzu, czystym i rześkim po burzy, unosił się jeszcze zapach deszczu.
"I ty chcesz go sprzedać?" - pomyślałam ze zdziwieniem. "Przecież ten dom będzie trwał, a ty będziesz w nim mieszkać ze swoim mężczyzną". Szaman pojawił się już w jej życiu, co więcej - w bardzo romantycznych okolicznościach. Ze sposobu, w jaki o nim opowiadała wyczułam, że ta znajomość jest dla niej bardzo ważna, inna niż wszystkie. A duch? Wcale nie ma zamiaru się wynosić, wręcz przeciwnie - dopiero co się zadomowił!
"I będzie to dom pełen ciepła, miłości i spotkań z grupą ludzi, którzy będą z wami jakoś powiązani - może przyjaźnią..." - jeszcze raz w zamyśleniu popatrzyłam na dom, pogrążony w mroku nocy, której ani trochę nie rozjaśniała swoim światłem blada tarcza księżyca, zawieszona wysoko na niebie, i podeszłam do furtki.
A potem nagle wszystko nabrało jakiegoś nieprawdopodobnego przyśpieszenia."
Na dziś opowieść skończona. Dobranoc.
Żegnam cię świecie, do jutra.
Prząśniczka
środa, 18 lutego 2009
Ciąg dalszy opowieści
Wróciłam.
Jest w takim pisaniu coś, co przyciąga.
Próbuję oswoić się z materią tego bloga. Spoglądam krytycznym okiem: nie ma mojego zdjęcia i nie wiem, jak to zrobić. Sprawdzam też różne opcje, ustawienia. Przeszukuję zawartość, wędruję, klikam - za każdym razem obawiając się, że coś mi wybuchnie, zniknie bezpowrotnie, że coś zepsuję. Mój przyjaciel śmieje się ze mnie - Strach ma wielkie oczy! Za kilka dni minie, przyzwyczaję się.
O wiele łatwiej jest z wrzecionem. Gdy tylko biorę je do ręki - Pan Strach znika.
"U prząśniczki siedzą, jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki"
No, tak. Tamta prząśniczka miała dużo nitek, bo wysnuwały je dzieweczki. U mnie nie siedzą dzieweczki, a nitek mam też niemało. Zwłaszcza ta jedna, taka długa. Nić mojej pamięci, która sięga czasu, o którym nie powinnam nic wiedzieć. Ludzka pamięć zwykle tak daleko nie sięga.
Wracam do mojej opowieści, do Allegry i naszego spotkania w tamten magiczny wieczór:
"W trakcie rozmowy rzuciła mimochodem: "o, właśnie przeszedł mi po nogach". Od czasu do czasu tak robił. Przemieszczając się obok niej nie zadawał sobie trudu, by ominąć jej nogi, a ona czuła wówczas w tym miejscu zimny powiew i mrowienie skóry. Przez moment. "Całkiem miłe towarzystwo" - zdążyłam pomyśleć, gdy nagle tuż nad jej bosą stopą zobaczyłam przesuwającą się poziomo w powietrzu "białą końcówkę stopy ducha", która minąwszy stopę szybko znikła. To śmieszne, bo wyglądała dokładnie tak, jak na dziecięcych rysunkach. Taka jasna mgła, siwiuteńki dymek, zakończony spiczastym czubkiem. Zaraz potem przed moimi oczyma dosłownie wyrosła postać mężczyzny, a dokładniej rzecz biorąc - starca, który bardzo powoli i rzekłabym, ostrożnie stawiając kroki, zmierzał w kierunku kąta z kwiatami. Wydawało się, że pochłonięty własną wędrówką nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Miał w sobie coś dostojnego, niemal surowego, co wynikało być może po części z jego wyglądu, był bowiem bardzo wysoki i szczupły, wręcz chudy. Pod jego zwiewną, jasnoszarą, jakby utkaną z dymu szatą ujrzałam zarys nienaturalnie kościstych i mocnych, podobnych do dwóch belek ramion. Szedł wolniutko, lekko pochylony do przodu, sprawiając wrażenie zgarbionego, chociaż jego plecy były idealnie proste. Trudno mi było dostrzec jego twarz, bo przesuwał się przede mną jakoś bokiem. Zdążyłam tylko zauważyć, że na ramiona opadają mu kosmyki prostych, mocno przerzedzonych, białych od siwizny włosów. Znikł równie niespodziewanie, jak się pojawił. Zadziwiający staruszek albo starzec. Przespokojny. Emanujący dobrze wyczuwalnym ciepłem.
Już wiedziałam skąd pochodzi to przyjemne ciepło, którym wypełniony był cały pokój. A duch, przewędrowawszy spokojnie do kąta pod oknem, zaszył się wśród ogromnych kwiatów i już tam pozostał. Wyglądało na to, że upodobał sobie ten kąt (co zauważył również "specjalista"). Jednak nie znikł zupełnie."
Ciąg dalszy nastąpi, może już jutro.
Do zobaczenia.
Prząśniczka
Jest w takim pisaniu coś, co przyciąga.
Próbuję oswoić się z materią tego bloga. Spoglądam krytycznym okiem: nie ma mojego zdjęcia i nie wiem, jak to zrobić. Sprawdzam też różne opcje, ustawienia. Przeszukuję zawartość, wędruję, klikam - za każdym razem obawiając się, że coś mi wybuchnie, zniknie bezpowrotnie, że coś zepsuję. Mój przyjaciel śmieje się ze mnie - Strach ma wielkie oczy! Za kilka dni minie, przyzwyczaję się.
O wiele łatwiej jest z wrzecionem. Gdy tylko biorę je do ręki - Pan Strach znika.
"U prząśniczki siedzą, jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki"
No, tak. Tamta prząśniczka miała dużo nitek, bo wysnuwały je dzieweczki. U mnie nie siedzą dzieweczki, a nitek mam też niemało. Zwłaszcza ta jedna, taka długa. Nić mojej pamięci, która sięga czasu, o którym nie powinnam nic wiedzieć. Ludzka pamięć zwykle tak daleko nie sięga.
Wracam do mojej opowieści, do Allegry i naszego spotkania w tamten magiczny wieczór:
"W trakcie rozmowy rzuciła mimochodem: "o, właśnie przeszedł mi po nogach". Od czasu do czasu tak robił. Przemieszczając się obok niej nie zadawał sobie trudu, by ominąć jej nogi, a ona czuła wówczas w tym miejscu zimny powiew i mrowienie skóry. Przez moment. "Całkiem miłe towarzystwo" - zdążyłam pomyśleć, gdy nagle tuż nad jej bosą stopą zobaczyłam przesuwającą się poziomo w powietrzu "białą końcówkę stopy ducha", która minąwszy stopę szybko znikła. To śmieszne, bo wyglądała dokładnie tak, jak na dziecięcych rysunkach. Taka jasna mgła, siwiuteńki dymek, zakończony spiczastym czubkiem. Zaraz potem przed moimi oczyma dosłownie wyrosła postać mężczyzny, a dokładniej rzecz biorąc - starca, który bardzo powoli i rzekłabym, ostrożnie stawiając kroki, zmierzał w kierunku kąta z kwiatami. Wydawało się, że pochłonięty własną wędrówką nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Miał w sobie coś dostojnego, niemal surowego, co wynikało być może po części z jego wyglądu, był bowiem bardzo wysoki i szczupły, wręcz chudy. Pod jego zwiewną, jasnoszarą, jakby utkaną z dymu szatą ujrzałam zarys nienaturalnie kościstych i mocnych, podobnych do dwóch belek ramion. Szedł wolniutko, lekko pochylony do przodu, sprawiając wrażenie zgarbionego, chociaż jego plecy były idealnie proste. Trudno mi było dostrzec jego twarz, bo przesuwał się przede mną jakoś bokiem. Zdążyłam tylko zauważyć, że na ramiona opadają mu kosmyki prostych, mocno przerzedzonych, białych od siwizny włosów. Znikł równie niespodziewanie, jak się pojawił. Zadziwiający staruszek albo starzec. Przespokojny. Emanujący dobrze wyczuwalnym ciepłem.
Już wiedziałam skąd pochodzi to przyjemne ciepło, którym wypełniony był cały pokój. A duch, przewędrowawszy spokojnie do kąta pod oknem, zaszył się wśród ogromnych kwiatów i już tam pozostał. Wyglądało na to, że upodobał sobie ten kąt (co zauważył również "specjalista"). Jednak nie znikł zupełnie."
Ciąg dalszy nastąpi, może już jutro.
Do zobaczenia.
Prząśniczka
wtorek, 17 lutego 2009
Wróciłam...
...chociaż jeszcze trochę niepewnie się czuję. Hm... wątki w koszyku jednak czekają, nie wolno mi dłużej zwlekać, a więc:
"Kręć się, kręć, wrzeciono, wić się tobie, wić
Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić"
Prządki, siedzące w kole, pośrodku drewnianej chaty, za oknem śnieg - jak dzisiaj. Miarowy stukot wrzecion... Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić. Nici pamięci, nici i ścieżki czasu. Czasami splątane... Nić mojej pamięci pewnego razu okazała się zadziwiająco długa. Nawet nie podejrzewałam, że może tak być. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. I nie było wtedy śniegu za oknem. Było lato.
Oto opowieść, którą spisywałam przez wiele miesięcy. Długa opowieść. A zaczyna się tak:
"Najpierw pojawił się duch. Był jak forpoczta.
W powietrzu tego wieczora wisiało coś magicznego. Niemal pośpiesznie zajęłyśmy miejsca na dużych, skórzanych, kolorowych kanapach ustawionych naprzeciwko siebie, rozpoczynając naszą rozmowę tak, jak robią to przyjaciółki, które właśnie wróciły do przerwanych przed chwilą zwierzeń. Było lato. Za oknami szalała burza z piorunami i lało, jak z cebra. Porywisty wiatr łamał gałęzie drzew. W pokoju na pięterku panował ciepły, przytulny półmrok i pachniało świeżo upieczoną przez Allegrę szarlotką, która szybko znikała z talerza, postawionego na niskim stoliku pomiędzy kanapami, ale niespokojny świat zza okien co chwila dawał znać o sobie niepokojącymi blaskami i upiornym łoskotem błyskawic.
Gadałyśmy, jak najęte. O wszystkim. O życiorysach, o pracy i miłościach, o rodzinie, o terapii i medycynie, ale przede wszystkim - o duchach. W tej niesamowitej scenerii, przy akompaniamencie piorunów, Allegra opowiedziała mi o swoich przygodach z duchami w poznańskiej farze, wspomniawszy również i o tym, że tu, w jej domu, mieszka sobie duch, którego "wykrył" pewien jej znajomy - jak go nazywa - "specjalista od duchów". Nigdy dotąd, z powodu swojego niezwykle racjonalnego umysłu, nie potrafiła zaakceptować istnienia takiego zjawiska, jak obecność ducha w domu. Owszem, coś tam się działo czasami, od kiedy tu zamieszkała, ale zastanawianie się nad tym nie leżało w jej zwyczaju. Jednak to, na co nie zwracała do tej pory większej uwagi, nie było wcale takie oczywiste, jak jej się wydawało, bo jak wytłumaczyć chociażby trzeszczenie podłogi, po której nikt nie chodzi, włączanie się odtwarzacza CD w pokoju na piętrze, w którym nie ma nikogo, czy to, że w łazience światło nagle zapala się lub gaśnie bez niczyjej pomocy? Niewątpliwie, od kilku miesięcy miała w swoim domu czyjeś towarzystwo. (...)"
Cóż, pora odłożyć wrzeciono. Za oknem noc, wirują płatki śniegu. Cisza. Pora na sen.
Wrócę tu jutro. Wiem, że wrócę.
Dobranoc. Śpij dobrze świecie, daleki i bliski.
Prząśniczka
"Kręć się, kręć, wrzeciono, wić się tobie, wić
Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić"
Prządki, siedzące w kole, pośrodku drewnianej chaty, za oknem śnieg - jak dzisiaj. Miarowy stukot wrzecion... Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić. Nici pamięci, nici i ścieżki czasu. Czasami splątane... Nić mojej pamięci pewnego razu okazała się zadziwiająco długa. Nawet nie podejrzewałam, że może tak być. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. I nie było wtedy śniegu za oknem. Było lato.
Oto opowieść, którą spisywałam przez wiele miesięcy. Długa opowieść. A zaczyna się tak:
"Najpierw pojawił się duch. Był jak forpoczta.
W powietrzu tego wieczora wisiało coś magicznego. Niemal pośpiesznie zajęłyśmy miejsca na dużych, skórzanych, kolorowych kanapach ustawionych naprzeciwko siebie, rozpoczynając naszą rozmowę tak, jak robią to przyjaciółki, które właśnie wróciły do przerwanych przed chwilą zwierzeń. Było lato. Za oknami szalała burza z piorunami i lało, jak z cebra. Porywisty wiatr łamał gałęzie drzew. W pokoju na pięterku panował ciepły, przytulny półmrok i pachniało świeżo upieczoną przez Allegrę szarlotką, która szybko znikała z talerza, postawionego na niskim stoliku pomiędzy kanapami, ale niespokojny świat zza okien co chwila dawał znać o sobie niepokojącymi blaskami i upiornym łoskotem błyskawic.
Gadałyśmy, jak najęte. O wszystkim. O życiorysach, o pracy i miłościach, o rodzinie, o terapii i medycynie, ale przede wszystkim - o duchach. W tej niesamowitej scenerii, przy akompaniamencie piorunów, Allegra opowiedziała mi o swoich przygodach z duchami w poznańskiej farze, wspomniawszy również i o tym, że tu, w jej domu, mieszka sobie duch, którego "wykrył" pewien jej znajomy - jak go nazywa - "specjalista od duchów". Nigdy dotąd, z powodu swojego niezwykle racjonalnego umysłu, nie potrafiła zaakceptować istnienia takiego zjawiska, jak obecność ducha w domu. Owszem, coś tam się działo czasami, od kiedy tu zamieszkała, ale zastanawianie się nad tym nie leżało w jej zwyczaju. Jednak to, na co nie zwracała do tej pory większej uwagi, nie było wcale takie oczywiste, jak jej się wydawało, bo jak wytłumaczyć chociażby trzeszczenie podłogi, po której nikt nie chodzi, włączanie się odtwarzacza CD w pokoju na piętrze, w którym nie ma nikogo, czy to, że w łazience światło nagle zapala się lub gaśnie bez niczyjej pomocy? Niewątpliwie, od kilku miesięcy miała w swoim domu czyjeś towarzystwo. (...)"
Cóż, pora odłożyć wrzeciono. Za oknem noc, wirują płatki śniegu. Cisza. Pora na sen.
Wrócę tu jutro. Wiem, że wrócę.
Dobranoc. Śpij dobrze świecie, daleki i bliski.
Prząśniczka
poniedziałek, 16 lutego 2009
Powitanie.
Cześć, to ja, Prząśniczka.
Z natury jestem nieśmiała i sama chyba nigdy nie odważyłabym się tu zawitać, rozgościć się na tych stronach, wśród nieznanych mi ludzi. Zwykle uciekam od hałasu, od tłumów, od ciekawskich oczu, od pytań. Ale zrobiłam to! I teraz czuję się, jakbym została wrzucona na głęboką wodę. Czym innym jest myślenie o tym, żeby utworzyć bloga, a czym innym - zrobienie tego. Kocham ciszę i spokój, muzykę, kwiaty. Nie czuję się zbyt pewnie w świecie komputerów. Spróbuję jednak jakoś sobie z tym poradzić, ponieważ przyświeca mi pewien cel.
Przyszłam tutaj, namówiona przez mojego serdecznego przyjaciela, który mnie dobrze zna i który wie, że noszę w swoim koszyku, oprócz wrzeciona, przeróżne, wysnute do tej pory wątki i opowieści. Noszę je już zbyt długo i żaden pożytek dla mnie z tego nie wynika. Ani dla nikogo innego. Pora więc wyjąć je z koszyka i zacząć się dzielić nimi ze światem, jeżeli światu one na coś się przydadzą.
Uff, zabawiłam w tym miejscu chyba zbyt długo. Wrócę tu jutro. Pozdrawiam,
Prząśniczka
Z natury jestem nieśmiała i sama chyba nigdy nie odważyłabym się tu zawitać, rozgościć się na tych stronach, wśród nieznanych mi ludzi. Zwykle uciekam od hałasu, od tłumów, od ciekawskich oczu, od pytań. Ale zrobiłam to! I teraz czuję się, jakbym została wrzucona na głęboką wodę. Czym innym jest myślenie o tym, żeby utworzyć bloga, a czym innym - zrobienie tego. Kocham ciszę i spokój, muzykę, kwiaty. Nie czuję się zbyt pewnie w świecie komputerów. Spróbuję jednak jakoś sobie z tym poradzić, ponieważ przyświeca mi pewien cel.
Przyszłam tutaj, namówiona przez mojego serdecznego przyjaciela, który mnie dobrze zna i który wie, że noszę w swoim koszyku, oprócz wrzeciona, przeróżne, wysnute do tej pory wątki i opowieści. Noszę je już zbyt długo i żaden pożytek dla mnie z tego nie wynika. Ani dla nikogo innego. Pora więc wyjąć je z koszyka i zacząć się dzielić nimi ze światem, jeżeli światu one na coś się przydadzą.
Uff, zabawiłam w tym miejscu chyba zbyt długo. Wrócę tu jutro. Pozdrawiam,
Prząśniczka
Subskrybuj:
Posty (Atom)